piątek, 7 kwietnia 2017

4.Wybory ministra

Kolejne tygodnie w norze mijały spokojnie. O ile w ogóle można tak powiedzieć, skoro tam zawsze coś się dzieje.
-Wyobraźcie sobie, że przed nami całe wakacje!-Rozciągnął się na kanapie Ron.
-Tak, masz racje, wiecie co, już trochę mnie zmęczyła ta nauka, powinnam chyba...odpocząć.
-Aż dziw, że ty to mówisz.-Powiedział ze śmiechem Harry.
-Ja chyba znajdę jakąś pracę dorywczą.
-Po co ci praca dorywcza?-Zapytał Ron.
-No wiecie, dobrze będzie się czymś zająć, a przy okazji trochę zarobić. Jak skończę Hogwart, znajdę sobie jakieś mieszkanie i stałe zajęcie.-Każdy dobrze wiedział co kryje się pod słowem "stałe zajęcie".
-To się nazywa plan działania!-Powiedziała Hermiona.
-Ja tam nie patrzę aż tak daleko, najpierw trzeba zaliczyć owutemy i przebrnąć przez kolejny rok nauki.
-A ja tęsknię za Hogwartem.-Przyznał Harry.
-Ja też, no i będę z wami na jednym roku, to dopiero zmiana.
-No będę miał na ciebie oko.-Zażartował Ron.
-Chyba ja na ciebie.
-Ej, to ja tu jestem pełnoletni.
-A ja będę za miesiąc i trochę, wielka mi różnica.-Prychnęła.-To co, rundka quidditcha przed obiadem?-Powiedziała dziarsko.
-Nie, ja idę na taki jeden kurs.-Powiedział Ron.
-Jaki kurs?-Zapytał Harry.
-Przydatnych zaklęć.
-Hmm...a ty Hermiona?-Zapytała, choć spodziewała się jaka będzie odpowiedź.
-Nie, przejdę się na spacer i może pogadam z Luną.
-To świetnie, pozdrów ją ode mnie.-Powiedziała Ginny.
Tak wszyscy się rozeszli i w domu oprócz Harry'ego i Ginny była tylko pani Weasley.
-Tylko wróćcie na obiad!-Powiedziała pani Weasley kiedy wychodzili.
-Nie ma sensu grać we dwóch, ale polatać zawsze można.
Cały czas gonili się na miotłach i latali w ogrodzie. Harry kiedy patrzył jak lata, jak wiatr rozwiewa jej rude włosy, wiedział, że musi udać jej się dostać do drużyny Harpii z Hollyhead. Widać było, jak bardzo kocha to robić i jak bardzo jej zależy.
-Chyba powinniśmy już wracać.-Powiedział kiedy siedzieli na miotłach parę metrów nad ziemią.
-No tak, obiad.
-Głupio mi ciągle mieszkać u was, jeść u was, powinienem się naprawdę jak najszybciej zająć swoim domem.
-Powinieneś porozmawiać z tatą, Ronem i Hermioną, ja mogłabym pomóc gdyby nie to, że...
-Wiem Ginny, nie musisz się usprawiedliwiać, rozumiem.
-Słyszałeś o wyborach nowego ministra?
-No jasne, chyba wszędzie są teraz te plakaty.
-Według tego co czytałam i co mi mówiła Hermiona rocznikowo mam już 17 lat i mogę głosować.
-To super. A wiesz na kogo?
-Tak, na Kingsley'a Shacklebolta. Skończył wiele szkół, jest dobrym człowiekiem, nie dyskryminuje mugoli i zna świetnie prawo.
-No tak, też chcę głosować na niego, są duże szanse, że to wygra, ma duże poparcie.

Tydzień później podczas galii i oficjalnego ogłoszenia wyników głosowań...

Harry i Ginny stali w tłumie obok siebie i trzymali się za ręce. Właściwie wyniki nie były tak zwyczajnie "ogłaszane" po prostu nowy minister zwykle wchodził na salę i podchodził do mównicy, a następnie mówił czego oczekuje i jak będą wyglądać jego rządy.Wszyscy byli lekko podenerwowani nowym wyborem, ale cierpliwie czekali. Wreszcie otoczony tłumem aurorów z niebywałą klasą wszedł Kingsley Shacklebolt i nagle wszyscy zaczęli z ciekawości odwracać głowy i mu się przyglądać. Harry i Ginny spojrzeli na siebie i wymienili zadowolone uśmiechy. Ich przypuszczenia się sprawdziły, oto nowy minister-Kingsley Shacklebolt!
W końcu podszedł do mównicy i gestem dał znać aurorom, że nie muszą otaczać go podczas przemówienia.
Po chwili przemówił swoim grubym głosem:
-Jestem pewien, że wielu z was zdążyło świetnie mnie poznać, co bardzo mnie cieszy, ponieważ może dzięki temu nasza współpraca będzie się układała jeszcze lepiej. Wszyscy doskonale wiemy jakie wydarzenia miały miejsce w ostatnim czasie, ale im wcześniej zaczniemy działać i odbudowywać to co zostało zniszczone, tym wcześniej się otrząśniemy i będziemy mogli znów funkcjonować jak dawniej. Pewnie liczycie na to, że przedstawię wam swój program. Otóż, w tym roku czeka nas jedna z ważniejszych zmian prawa, ale będzie ona obejmowała tylko określony rocznik. Mianowicie w związku z tym, że zostały zniszczone całe ulice, domy,wioski, budowle i obiekty świetnie nam znane jak na przykład Hogwart. Dlatego w tym roku wyjątkowo wprowadzam zezwolenie korzystania z różdżek poza szkołą szesnastolatkom, którzy jeszcze nie ukończyli siedemnastego roku życia. Ponieważ skutkami tej wojny jest między innymi to, że potrzebujemy silnych, młodych ludzi którzy pomogą nam w odbudowie. Nie chcę przez wydanie tego prawa zmuszać kogoś, aby pomagał nam w odbudowie, ale każdy chętny ogromnie się nam przyda. Każde ręce albo raczej różdżki mają dla nas wielką wartość. Jeśli cały ten "eksperyment" się uda Hogwart będzie mógł ponownie przyjąć uczniów w tym roku. Ze spraw informacyjnych mogę jeszcze powiedzieć, że mój gabinet znajduje się na najwyższym piętrze, tam będziecie mnie mogli znaleźć i tam będziecie mogli się udać z problemami. Chciałbym jeszcze dodać, że ogromnie współczuję wszystkim, którzy przez tą wojnę utracili członków rodziny i podziękować wszystkim, którzy, ryzykowali życie swoje i swojej rodziny. Tak więc zakończę tą przemowę minutą ciszy dla wszystkich, którzy nie dotrwali dnia dzisiejszego, ale zagrzali miejsca w naszych sercach.
Po kilku minutach wszyscy opuścili salę rozpraw, która na czas przemówienia chyba musiała zostać wielokrotnie zwiększona, żeby pomieścić wszystkich chętnych obywateli.
-Śpieszy ci się gdzieś stary?-Zapytał Ron kiedy Harry przyśpieszył krok.
-No wiesz, w sumie już od dłuższego czasu planuję odbudowę domu po moich rodzicach.
-Super! To ja tylko zjem obiad i możemy brać się do pracy.
-Nie Ron, sam chciałeś odpocząć w te wakacje, już i tak mieszkam w waszym domu i w ogóle wypadałoby zrobić coś w końcu samemu.
-Aha. Rozumiem cię. Ja też szukam jakiegoś mieszkania do wynajęcia, bo potem jeszcze mama opowiadałaby wnukom, że Ron wyprowadził się dopiero po trzydziestce.-Zażartował Ron.
-Już planujesz wnuki...-Zaśmiała się Ginny.
-No cóż taka chyba kolei rzeczy...-Powiedział Ron.
-A gdzie Hermiona, myślałam, że nie spuszczasz jej z oczu.-Powiedział Harry.
-Jeśli chcecie pogadać sam na sam to moglibyście chociaż mówić, żebym sobie poszedł a nie jakieś bajeczki...
-No dobrze Ron w takim razie czy mógłbyś na chwilę zostawić nas samych, bo chciałabym porozmawiać z moim chłopakiem.-Specjalnie użyła tego określenia, bo wiedziała jak Ron nie lubi, gdy tak mówi.
-No dobrze to ja pójdę poszukać mojej DZIEWCZYNY.-Droczył się z nią Ron, uśmiechnął się do nich i poszedł w przeciwnym kierunku.
-Sporo się dzieje. Pomyśleć, że już mogę używać magii bez konsekwencji.
-No, szczęściara, że możesz przed skończeniem siedemnastki.
-Właściwie to głównie z tego powodu tak czekałam na moje urodziny, ale teraz to nie wydaje się już tak ekscytujące.
-A powinno, przygotuję się dobrze na ten dzień, zobaczysz to będzie najlepszy dzień w całym twoim życiu.
-Właściwie najlepszy był ten jak zobaczyłam po wojnie, że żyjesz, chociaż to w zasadzie była tylko chwila, impuls.
-Jestem ciekaw czy uda mi się odbudować cały dom do końca wakacji...
-Na pewno będziesz miał tam sporo roboty, ale razem na pewno damy radę.-Zapewniła go, a on złapał ją w talii i przyciągnął do siebie.-I nie ma żadnego ale, jasne!-Powiedziała ze śmiechem.
-Nie odważyłbym się.-Zaśmiał się.
Minął kolejny tydzień, w tym czasie Ginny często przebywała z Harry'm w Dolinie Godryka i pomagała mu jak tylko mogła.
-Cześć!-Krzyknęła do niego z daleka i podbiegła.
-Cześć.-Przywitał się i pocałował ją w policzek.-Jak ci się podoba?Zapytał wskazując na pomalowany z zewnątrz dom.
-Jest super, niezłe tępo.-Przyznała.
-A co tam niesiesz?-Zapytał z uśmiechem.
-Przesyłka od mamy, a mianowicie sok dyniowy własnej roboty, jest naprawdę pyszny.
-Wielkie dzięki. Dzisiaj robisz za dostarczyciela?
-Tylko przesyłki specjalne.-Uśmiechnęła się i usiadła obok niego.
-Może lepiej chodźmy pod tamto drzewo, bo ta ściana jeszcze nie do końca wyschła.
-No tak, zapomniałabym. I....muszę ci jeszcze coś powiedzieć.-Miała smutny wyraz twarzy i Harry zastanawiał się co się takiego stało.
-Mi możesz powiedzieć.-Przysunął się trochę bliżej niej i złapał za rękę.
-Graliśmy dziś w quidditcha i Ron złamał nogę, byliśmy z tym u lekarza, ale żadne zaklęcia nie pomogą, w tym wypadku kość musi się zrosnąć naturalnie.
-Jak Ron się czuje?
-Chyba w porządku, ale nie może nadwerężać nóg.
-Niedobrze, i musiało mu się to przydarzyć akurat w wakacje.
-Ron jak zwykle ma do takich spraw szczęście.-Powiedziała sarkastycznie.-Chyba już pójdę.-Dodała po chwili ciszy.
-Zawsze jak przychodzisz to odwodzisz mnie od pracy i teraz już w ogóle się nie skupię...
-No to co ty na to, żeby pójść ze mną odwiedzić Rona?
-Dobry pomysł, i chyba już skończę na dziś, nawet słońce już zachodzi.
-Świetnie, no to chodźmy.
Chwilę później byli już przed norą, drzwi wyjątkowo otworzył im pan Weasley, a przy stole znów zgromadzili się wszyscy członkowie rodziny włącznie z Hermioną i Harry'm.
-Cześć Ron, jak noga?-Zapytał Harry z grzeczności i usiadł obok Rona na kanapie.
-No sam widzisz, złamana.-Wskazał na lewą nogę.
-Złamana noga nie musi być w gipsie?-Zapytał z ciekawości Harry.
-Jest opatrzona specjalnymi zaklęciami usztywniającymi. A w ogóle jak odbudowa domu w Dolinie?
-Całkiem dobrze, niedługo może skończę pierwsze piętro, gorzej będzie z poddaszem...
-Dasz sobie radę, Ginny mówiła, że podobno świetnie ci idzie.
-Tylko dlatego, że ona mi sporo pomaga, rzeczywiście dobrze zna te wszystkie zaklęcia.
-Od dzieciństwa obserwuje jak tata coś naprawiał, konstruował, część umiejętności odziedziczyła po nim, zresztą ona sama jest po części samoukiem, tak samo jak było z nauką latania na miotle.
-Taaak to całkiem ciekawa historia.
-Możesz już iść na dół, bo pewnie jesteś głodny a ja nie chcę cię tu przetrzymywać.
-Przynieść ci coś?-Zapytał.
-Nie, dzięki, chyba pójdę spać, powinienem teraz oszczędzać siły.
-No tak.-Powiedział i wyszedł po czym zbiegł po schodach i zajął miejsce przy stole obok Ginny.
-Ominęło mnie coś?
-Nie, właściwie to nic. Wszyscy zachwycają się twoim chrześniakiem.-Powiedziała spoglądając przez jego ramię na Andromedę trzymającą Teddy'ego.
-Chcesz go wziąć na ręce, jesteś w końcu jego chrzestnym.
-Taak...-Powiedział trochę niepewnie, bo tak naprawdę jeszcze nigdy nie trzymał na rękach małego dziecka.-Jak my mu kiedyś wytłumaczymy, że jego rodzice nie żyją...
-To z pewnością nie będzie proste, ale kiedyś to zrozumie, tak jak my ostatnio wszyscy przygotowywaliśmy się na śmierć.-Wszyscy usłyszeli te słowa i zapadła cisza którą przerwała dopiero pani Weasley:
-Teraz musimy myśleć o tym co mamy teraz a nie o tym co było, choć to też ma wielki wpływ na przyszłość, ale lepiej o tym nie rozmawiajmy.
-Może to nie jest najlepszy moment, ale muszę wam o czymś powiedzieć.-Powiedział Percy i wstał z łoskotem odsuwając krzesło, wyglądał na wyraźnie podenerwowanego.
-Na Boga, o co chodzi Percy?-Pani Weasley zbladła i widać było, że bardzo ją to zmartwiło.
-Tylko nie oceniajcie mnie, błagam. To dla mnie bardzo ważne.-Teraz wszyscy wyglądali już na zdziwionych.-Mam zamiar wziąć ślub.-Powiedział poważnym tonem a wszyscy aż rozdziawili usta.
-A kim ona jest? Dlaczego nic nie powiedziałeś Percy.-Zapytała pani Weasley łagodnym tonem.
-Była żałoba, ten pogrzeb Freda i...to nie była odpowiednia chwila, a poza tym bałem się waszej reakcji, mogłem wam powiedzieć wcześniej co zamierzam.
-To twoja decyzja. Nikt nie może się wtrącać w twoje życie a Fred...
-...A Freda nikt i nic już nam nie przywróci, a my musimy żyć dalej.-Zakończył pan Weasley, bo pani Weasley zaczęła płakać, Harry kątem oka też zauważył jak Ginny ociera policzki rękawem.-Najważniejsza jest miłość.-Zakończył, a Harry złapał Ginny za rękę.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz